piątek

Nazwy ulic


                Ulice i place – rzecz w Europie oczywista – mają swoje nazwy. W Norwegii występuje znacznie większe bogactwo zróżnicowania „typów” szlaków miejskich. O ile w Polsce są głównie ulice, czasem aleje i place, skwery, rynki, tak w Norwegii – jest tych rodzajów nieco więcej, a do tego z uwagi na elastyczność języka i wpływ dialektów, nazwy te przybierają alternatywne brzmienie.

Dochodzi do tego, że jedna ulica może mieć 3 nazwy i każda z nich jest poprawna, a wręcz na jednym budynku da się zaobserwować 2 tabliczki z różnym zapisem nazwy ulicy. Jest tak dlatego, że część indywidualna nazwy jest raczej niezmienna, z kolei samo słowo „ulica” może przybierać różne brzmienie, być pisane wraz z nazwą, bądź oddzielnie.


                Za przykład niech posłuży taka nazwa: Pedersgata, Pedersgate, Pedersgatan, Pedersgaten. De facto to jedna i ta sama ulica, zapisana w różnych, równoważnych formach. Bywa też, że Norwedzy – nie zagłębiając się w „zawartość” nazwy, piszą ją tak, jak słyszą. Wówczas na przykład nazwę ulicy Tanke Svilands gate mogą zapisać jako Tankesvilandsgate lub Tanke Svilandsgate. Nie robi się z tego powodu wyrzutów i każdy pisze tak, jak woli. Różnorodność tę doświadczy się w rejestrach firm, których jest się klientem, w urzędach – każdy adresuje tak, jak zapisał pracownik.

czwartek

8-21 (9-18), czyli co?

                Pamiętając, że w Norwegii niedziela jest dniem wolnym od pracy, łatwo odczytać godziny otwarcia sklepów, biur, urzędów i instytucji. Często mają już z daleka widoczne podane godziny pracy – wszędzie w ten sam, prosty i czytelny sposób.

                Godziny podane bez nawiasów – jak w tytule przykładowo „8-21” to godziny[1] otwarcia w dni powszednie. Godziny w nawiasach – tu przykładowo „9-18” to godziny pracy w soboty. I na tym zwykle koniec.

                Tylko niewielka część sklepów, warsztatów itp. pracuje w niedziele i święta. W ich przypadku godziny pracy podaje się słownie – na przykład „Søndag 10-15”. Rzadziej – tam gdzie otwierają w niedziele, zarówno sobota, jak i niedziela opisane są słownie (np. „Lørdag 9-18, Søndag 10-15”); jeszcze rzadziej dni powszednie wymienione są słownie – np. „hverdagen 8-21”. Alternatywnie, głównie na znakach drogowych, godziny podane w kolorze czerwonym i w nawiasach dotyczą niedzieli.

Przykład za Aftenbladet.no:
http://www.aftenbladet.no/lokalt/Skulle-ta-ut-penger-til-barnevakten_-fikk-5350-kr-i-bot-Forstar-du-skiltet-537541b.html

                Większe ze sklepów czynnych w niedziele, nie są otwierane w całości. Udostępnia się tylko ich wydzieloną sekcję, lub zupełnie osobną, małą halę sprzedażową, zazwyczaj  z tyłu sklepu, z ciasnymi przejściami między półkami. W niektórych z nich można zaopatrzyć się nawet w świeże pieczywo[2]; jest to jednak rzadkość i raczej należy – przebywając w Norwegii na dłużej – nabrać przyzwyczajenia zaopatrywania się w najpotrzebniejsze towary najdalej w sobotę po południu.

                Norwegowie – jako ogół – nie są przyzwyczajeni do robienia zapasów. I choć niektórzy z nich mają nawet zamrażarki wypełnione mięsiwem, codzienne zakupy traktują niejednokrotnie nader dosłownie – czyniąc drobne zakupy właściwie każdego dnia powszedniego.

                Zaopatrzenie „awaryjne” na stacjach benzynowych jest mizerne lub nie ma go wcale. To, co można tam znaleźć, to zwykle lody, mrożone pizze, czipsy itp. w cenie nawet 2-, 3-krotnie wyższej niż w sklepie. Hamburgery i hot-dogi na stacjach paliw nie słyną z najlepszego smaku.






[1] W Norwegii stosuje się – jak w Polsce – dwudziestoczterogodzinny system zapisu czasu.
[2] W jednych sklepach będzie to istotnie świeży wypiek aczkolwiek raczej z mrożonego półproduktu masowego, w innych jest to wręcz rozmrożony chleb paczkowany.



Służba zdrowia, apteka, medycyna tradycyjna i niekonwencjonalna

                Po najbogatszym, czy jednym z najbogatszych państw świata można by się spodziewać ochrony zdrowia na najwyższym możliwym poziomie. Nic bardziej mylnego w odniesieniu do Norwegii. Służba zdrowia w tym kraju jest na zatrważająco niskim poziomie rozwoju. Chodzi tu tak o dostępność lekarzy, jak i o jakość ich pracy.

                Szpitale z pewnością są wyposażone dobrze, lub świetnie. Niemal cały kraj pokrywa siatka pogotowia helikopterowego, co znakomicie skraca czas transportu najciężej chorych i rannych z odleglejszych miejsc do szpitali wojewódzkich. Wiele jest osiedlowych ośrodków stałej opieki geriatrycznej.

                Rzecz się ma całkiem inaczej, jeśli chodzi o lekarza pierwszego kontaktu, czy specjalistę w lecznictwie stacjonarnym. Warto się z tym zaznajomić.

Każdy mieszkaniec Norwegii (legalny mieszkaniec – posiadający norweski NIP[1]) jest urzędowo przypisany do lekarza pierwszego kontaktu (norw.: fastlege). Wśród lekarzy są zarówno Norwedzy, jak i obcokrajowcy; z każdym z nich można swobodnie porozumiewać się po norwesku i po angielsku. Istnieją przychodnie, skupiające od 2 lekarzy. Raczej nie są to dedykowane pawilony – jak w Polsce, a jedynie części, bądź piętra innych budynków – na przykład kompleksów sklepowych, piętro nad barem w drewnianej „kamienicy” itp. Zawsze jest poczekalnia i rejestracja oraz małe laboratorium. Wszędzie tam jest możliwość pobrania krwi do badań, wykonania pomiaru ciśnienia itp. W każdej przychodni jest możliwość płacenia kartą[2]. Pacjent kiedyś posługiwał się w czasie rejestrowania swoim pełnym norweskim NIP-em; obecnie używa się tylko daty urodzenia (ochrona danych osobowych). Jakość wnętrz rozpościera się od zatęchniętych, brudnych boazerii i linoleum rodem z lat siedemdziesiątych, aż po eleganckie, pachnące korytarze i sale. Jakość pomieszczeń nie przekłada się na jakość obsługi.

                Każda wizyta lekarska jest płatna (w ramach bezpłatnej – sic! – opieki zdrowotnej). Są to kwoty „symboliczne” – od ok. 140 do 200 koron[3] za wizytę u lekarza ogólnego. Wizyty u specjalistów, badania, zabiegi itp. są płatne wyżej; osobno nalicza się zużyte materiały, osobno konsultację. Płatności dokonuje się albo w terminalu płatniczym w rejestracji, albo w „przychodniomacie” – maszynie podobnej do bankomatu, ustawionej w hallu przychodni. Podobnie na szpitalnym dyżurze lekarskim. Roczny limit wpłat własnych to około 2 tysięcy koron. Po zapłaceniu tej kwoty łącznie w roku kalendarzowym, kolejne wizyty są już całkowicie bezpłatne.

                Można dwukrotnie w roku zmienić przypisanie do lekarza. Lista lekarzy wraz z liczbą pacjentów i wolnych miejsc jest dostępna publicznie w internecie.

                Lekarz pierwszego kontaktu bywa często lekarzem ostatniego kontaktu. W Norwegii nie są bowiem rozpowszechnione specjalizacje i stąd też lekarz ogólny przyjmuje wszystkich pacjentów ze wszelkimi dolegliwościami. Jest zatem między innymi: pediatrą, geriatrą, internistą, kardiologiem, pneumologiem, psychologiem, psychiatrą, gastrologiem, ortopedą, dermatologiem itd. Jak nie trudno się domyślić, jego wiedza nie może być pełna w tak szerokim zakresie. Jednak jego obowiązkiem jest zapewnić leczenie pacjentom możliwie długo bez kierowania do bardzo nielicznych w Norwegii specjalistów.

                Jak pokazuje praktyka, są lekarze, którzy się starają, przykładają do leczenia i udzielają wskazówek tak długo, jak pozwala im wiedza (czasem zdobywana ad hoc dla danego pacjenta), a kiedy stają się bezradni, kierują do specjalisty. Niestety, jest też grupa lekarzy, którzy w swojej bezradności zachowują się tak, jakby rozmawiali nie z pacjentem, a z hipochondrykiem. W rezultacie, taki nieprofesjonalny lekarz (choć trudno go nazwać lekarzem, skoro nie leczy), proponuje przepisanie środków przeciwbólowych i „pozbywa się” problemu.

                Garstka polskich lekarzy stanowczo zawyża poziom jakości obsługi pacjentów w Norwegii. Znany jest na przykład przypadek polskiego lekarza, który w ojczyźnie miał specjalizację ginekologiczną. W norweskim mieście pracuje jako fastlege i cieszy się ogromną popularnością wśród pacjentów, a szczególnie polskich pacjentek. Ma nadkomplet pacjentów (inni mają zawsze po kilkanaście wolnych miejsc dla nowych pacjentów na swoich listach); by móc się do niego zapisać, czeka się, aż inny pacjent się wyprowadzi, bądź umrze, więc czas oczekiwania jest raczej długi.

                W ostatnich latach wzrosło nieco zainteresowanie Norwegów tym zawodem. Nie jest on w Norwegii tak prestiżowy jak w Polsce, ale z pewnością dobrze płatny. Wzrasta liczba norweskich studentów, którzy nawet są skłonni nauczyć się podstaw języka polskiego, by móc studiować medycynę na polskich uczelniach. Dzieje się to za sprawą bardzo dobrej renomy polskiego szkolnictwa wyższego w medycynie (i nie tylko w medycynie) oraz bardzo niskimi kosztami studiów w porównaniu do innych krajów, a nawet do Norwegii, gdzie studia pozornie są darmowe[4].

                Specjaliści medycyny są bardzo nieliczni. Przykładowo na aglomerację z ćwierćmilionową populacją jest jeden kardiolog (na etacie w szpitalu), na jedno z ludniejszych norweskich województw jest jeden urolog (do tego dwóch praktykujących prywatnie), itd.

                Za to wszędzie w mieście można wypatrzyć liczne gabinety okulistyczne i jeszcze liczniejsze stomatologiczne. Ich usługi są nieobjęte ubezpieczeniem, a są dochodowe.

                Wszystko razem przekłada się na – nawet dla Norwegów – nieakceptowalnie niską jakość i dostępność usług medycznych. W rezultacie, dzięki tanim liniom lotniczym i wysokiej zasobności norweskich portfeli, już tysiące Norwegów latają regularnie do Gdańska, Krakowa, czy Warszawy, by leczyć się prywatnie u cieszących się dobrą sławą polskich specjalistów. Są w Polsce wyspecjalizowane ośrodki nastawione na klientów korporacyjnych i turystykę medyczną z Norwegii. Także część europejskich i amerykańskich ekspatów z Norwegii lata do polskich stomatologów i okulistów – jest taniej, lepiej, szybciej i przyjemniej.

                Zakup okularów w Polsce jest dla Norwega tak opłacalnym, że czasem nie kwestionuje się zasadności nawet dwukrotnej wizyty w Polsce celem odbioru okularów, by uniknąć cła, które byłoby nałożone, gdyby wysłać je pocztą. Mimo to, wciąż jest taniej, niż w norweskich salonach.

                Badania tomograficzne i podobne są dostępne właściwie od ręki i w dogodnych godzinach. Także obowiązuje częściowa odpłatność, choć nie jest wygórowana. Badania laboratoryjne krwi obłożone są symboliczną opłatą.

                Części pacjentów – szczególnie tym, którzy dojeżdżają do swojego lekarza, bo nie ma rejonizacji – państwo refunduje koszt transportu. Mowa jest o dojeździe taksówką, pociągiem a także o locie samolotem. Jest to regulowane prawnie, niemniej jednak na tle ogółu systemu – zadziwiające.

                Pomimo braku specjalistów, w norweskich miastach funkcjonują liczne, małe, osiedlowe szpitale. Prawdopodobnie pełnią raczej rolę domów opieki dla osób starszych i schorowanych.

                Specjaliści od psychiatrii najwyraźniej nie radzą sobie zbytnio ze swoim fachem i problemami pacjentów. Norwegia ma niestety stosunkowo wysoki wskaźnik „udanych” samobójstw. Są w tym osoby kilkukrotnie dokonujące prób samobójczych i „norweska medycyna” nie potrafi ich wyprowadzić z zagrożenia dla swojego życia. Statystyki takich wydarzeń są skrzętnie pomijane w komunikatach urzędowych.

                Tymczasem gros ludzi w sile wieku, w wieku produkcyjnym ma – wobec słabości systemu lecznictwa – orzeczoną grupę inwalidzką. Około 30% mieszkańców Norwegii w wieku produkcyjnym pozostaje na rencie bądź na długoterminowym, pełnopłatnym zwolnieniu lekarskim. Osoby takie po czasie „wypadają” z grupy formalnie aktywnych zawodowo; kwalifikuje się je jako chronicznie i nieuleczalnie chore, by ostatecznie wysłać na rentę i nie ujmować w statystykach. Wchodzą wówczas w budżet osobnego budżetu i nie figurują jako chorzy, czy jako bezrobotni. Nie są ujmowani w statystykach osób na przewlekłym zwolnieniu zdrowotnym. Niektórzy podobno zaraz potem doznają cudownego ozdrowienia, sprzedają, bądź wynajmują swoje domy i wyjeżdżają na dożywotnie wakacje na Azorach, Balearach, Kanarach, we Włoszech, w Tajlandii, czy w Bułgarii.

                Bodaj najpopularniejszą „specjalizacją medyczną” jest chiropraktyk. Takie gabinety spotyka się w Norwegii na każdym niemal kroku, włącznie z zakładami pracy. Masują chiropraktycy plecy, ramiona, ręce i nogi pracownikom produkcji i tym zza biurek. Swoim zaangażowaniem reprezentują równe zróżnicowanie, co lekarze. I nie są w Norwegii uznawani za element medycyny niekonwencjonalnej, a raczej jako wspomagający element życia i leczenia w ogóle. Ich usług nie pokrywa jednak ubezpieczenie.






[1] W Norwegii mieszkańcy mają jeden numer identyfikacyjny – fødselsnummeren, mający funkcje takie, jak NIP i PESEL w Polsce.
[2] Możliwe jest ograniczenie w postaci akceptowania wyłącznie norweskich kart obciążeniowych.
[3] Cena jest zależna od cennika danej przychodni i zakresu wykonanych usług.
[4] W Norwegii student płaci za podręczniki i materiały naukowe, a te są wyjątkowo drogie. Oprócz tego ponosi koszt utrzymania. Więc nawet płacąc za studia w Polsce i mieszkając tam, może go to wynieść znacznie taniej, niż darmowe studia na miejscu.

Higiena

                Warto „dotknąć” norweskiego tematu tabu, jakim jest higiena osobista. Kto by pomyślał, że to w ogóle może być tematem rozważań – w XXI wieku, w bogatej Europie! By nie być niesprawiedliwym, od razu należy podkreślić, że mowa jest o zauważalnym odsetku społeczeństwa norweskiego, ale nie o całości. Część Norwegów zdaje się zachowywać typowe standardy higieny osobistej.

                Wyróżnia się jednak niemała grupa ludności, która zwraca na siebie uwagę zachowaniem, wyglądem i zapachem. W najlepszym wypadku Norweg (tak mężczyzna, jak kobieta) nie pachnie kosmetykiem, gdy się tę osobę spotka w przestrzeni publicznej. Częściej jednak rozsiewa zapach papierosów tak intensywny, jak by były one palone w małej komórce, przesiąkając zapachem ubrania; albo spocony, jakby od wielu dni się nie odświeżał. Wcale nierzadkim zjawiskiem niestety jest, że Norwegowie nie przebierają się, chodząc na przykład przez tydzień w tych samych ubraniach do pracy. Niezależnie, czy jest to sweter, czy sportowa bluza, czy koszulka – codziennie te same, nawet jeśli są już „oznaczone” plamami brudu, czy resztkami lanczu. Woń potu umila wówczas pracę innym osobom wokół w biurach i fabrykach.

Polki z pewnością rychło w Norwegii zwrócą uwagę, że ledwie parę procent Norweżek stosuje makijaż, choć kosmetyki są w tym kraju stosunkowo niedrogie[1]. Najczęściej widać co najwyżej (ale nie koniecznie) umyte włosy, a poza tym higiena jakby nie obowiązywała.

Spod paznokci zerka czarny brud niezależnie od płci i wykonywanego zawodu (na przykład lekarze). Zadbane stopy są w Norwegii raczej sformułowaniem abstrakcyjnym. Nawet zakłady kosmetyczne nie miewają usług pedicure w swojej ofercie wobec braku popytu.

Istnieją zakłady kosmetyczne zajmujące się odnową i kosmetyką skórną. Skupiają się raczej tylko na twarzy, szyi i korpusie. Nie widać w nich raczej tłoku…

Sprawą wyjątkowo niesmaczną, lecz konieczną do uświadomienia przybyszom jest fakt, że rzesza Norwegów nie myje rąk przy wyjściu z toalety. Na międzynarodowych lotniskach przy umywalkach są napisy – niczym w polskim przedszkolu – „Pamiętaj umyć ręce” (po norwesku!); podobnie w galeriach handlowych. Ta edukacja nie przynosi raczej spektakularnych efektów. I tak, niejeden Norweg po załatwieniu potrzeb fizjologicznych po prostu wychodzi z ubikacji, łapiąc po kolei kilka klamek, używa w pracy wspólnych sprzętów, ekspresu do kawy itd. Nie trzeba tłumaczyć, jakie zagrożenie epidemiologiczne to za sobą niesie, nie mówiąc już o samopoczuciu osób to dostrzegających.

Tymczasem udając się na lancz w zakładowej kantynie, niektórzy Norwegowie spryskują ręce silnym środkiem dezynfekującym (dozowniki obowiązkowo są instalowane przy wejściach). Skrajności to rzecz, do której w tym kraju trzeba przywyknąć.

W szkołach i przedszkolach dzieci spędzają bardzo dużo czasu na dworze niezależnie od pogody. Maluchom cieknie z nosa i nikt się tym nie przejmuje. To element tradycji i hartowania – wierzą Norwegowie.

Niektórzy żartują o sobie, że kąpią się – tradycyjnie – raz na tydzień, w sobotę[2]. Niestety, w praktyce okazuje się często, że to raczej nie jest żart. Mycie owoców jest zjawiskiem tak abstrakcyjnym, że wywołuje u niektórych obserwujących to Norwegów zdziwienie. Publiczne toalety na ogół są w stanie podobnym jak w Polsce. Na parkingach, w miejscach turystycznych są „suche toalety” – kabina z muszlą z otworem na przestrzał do szamba; jest – owszem – wielka rolka papieru toaletowego, nie uświadczy się jednak często umywalki, czy choćby kranu z wodą. Oddając sprawiedliwość – są gdzieniegdzie także pełne węzły sanitarne na parkingach, z gorącą wodą i suszarką do rąk.

                Za to samochód zawsze lśni czystością i pachnie pastą do lakieru…



[1] Luksusowe wyroby są na takim poziomie cenowym w stosunku do zarobków, jak w Polsce podstawowe produkty.
[2] Norweskie słowo lørdag pochodzi od dzień kąpieli. A że w Norwegii tradycja to rzecz święta, wszystko staje się jasne.

Języki obce

                Trzeba przyznać, że edukacja w zakresie języka angielskiego jest w Norwegii na najwyższym poziomie. Po angielsku płynnie mówi znakomita większość społeczeństwa, która ukończyła norweskie szkoły. Spotkać można co najwyżej pojedyncze osoby nie radzące sobie z obcymi językami. Norwegowie w większości mówią płynnie, z bogatym słownictwem i często z brytyjskim, lub z amerykańskim akcentem. Jest to zasługa świetnego programu i systemu nauczania od wczesnych lat szkolnych. Nie bez znaczenia z pewnością pozostaje także fakt, że wielu Norwegów ma rodzinę w Stanach Zjednoczonych i utrzymuje z nimi aktywny kontakt, zaś część młodzieży wyjeżdża na kilkumiesięczne pobyty edukacyjne do krajów anglojęzycznych.

                Także polskie dzieci, które weszły w norweski system edukacji, przyswajają język angielski doskonale, wyprzedzając większość rówieśników z Polski. Dochodzi do pozornie kuriozalnych sytuacji – dzieci zwracają uwagę dorosłym na zły akcent, albo błędne słownictwo.

                Co najmniej 1/5 społeczeństwa norweskiego to ludność napływowa. Ci, którzy przybyli do Norwegii będąc osobami dorosłymi, niestety często nie mieli możliwości nauki języków obcych w swoich ojczyznach; dotyczy to głównie azylantów i uchodźców, a także części imigrantów z Polski, Litwy, Łotwy. Azylanci i uchodźcy w Norwegii są na koszt państwa uczeni wyłącznie języka norweskiego. Bywa jednak, że można się z takimi osobami komunikować w języku rosyjskim. Co ciekawe, drobna część z nich mówi także biegle po polsku, bowiem – przykładowo – Czeczeni po ucieczce z okupowanej przez Rosję Czeczenii, trafili początkowo do ośrodków dla uchodźców w Polsce, a dopiero w dalszym etapie znaleźli schronienie w Norwegii.

                Przez pewien czas Polacy byli najliczniejszą mniejszością narodową, lecz pod względem liczebności użytkowników języków wyprzedzali ich mieszkańcy anglojęzyczni (liczna grupa złożona z Amerykanów, Brytyjczyków, Nowozelandczyków, Australijczyków, Hindusów, Irlandczyków i innych anglojęzycznych narodowości). Od 2014 roku język polski jest już pierwszym najczęściej używanym językiem w Norwegii po języku norweskim[1]. Polacy stanowią największą grupę językową i etniczną w Norwegii poza autochtonami.

                Pomimo tego, że polski jest obecnie najpopularniejszym językiem mniejszościowym, nie wpływa to na sposób komunikacji mediów, czy instytucji ze społeczeństwem. W mediach polski właściwie w ogóle nie występuje, a obraz Polaka jest prezentowany raczej nieprzychylnie. Strony internetowe norweskich instytucji słabo poddają się trendom językowym. Jeśli instytucja ma wersję obcojęzyczną, jest to raczej angielski. Polski pojawia się na niektórych najważniejszych państwowych portalach; często jeśli już jest język polski, obejmuje on tylko część podstawową strony. Bankowość i strony dotyczące podatków zdają się w ogóle nie dostrzegać polskojęzycznej mniejszości w Norwegii, choć prawie zawsze mają wersję anglojęzyczną. W bankomatach, czy parkomatach czasem można zauważyć wręcz wycofywanie komunikatów w językach innych niż norweski. Sytuacja powoli poprawia się tylko w niektórych instytucjach.

Trzeba pamiętać, że z uwagi na specyfikę polskiej imigracji (w głównej mierze nastawionej na tymczasowość – w przeciwieństwie do wszelkich innych narodowości), słabo postępuje integracja językowa Polaków z Norwegami. Tylko część Polaków nastawiona jest na pozostanie w Norwegii – chyba częściej najmłodsi z dorosłych imigrantów – zaczynający „dorosłe życie”, wychowujący tam dzieci. Nie licząc emigracji politycznej z lat '80., to oni właśnie – wśród Polaków zamieszkałych w Norwegii – częściej wyróżniają się dobrą, albo i biegłą znajomością norweskiego.

                Język polski pojawia się w przestrzeni publicznej – podobnie jak w Anglii – w przypadku niszowych komunikatów. Na przykład „Po godzinie 20:00 piwa nie sprzedaje się”, albo „Teren prywatny. Zakaz połowu ryb.” Z rzadka pojawia się też w reklamach – tak na plakatach, jak w radiu – prezentuje się tania sieć telefoniczna, adresująca swoje usługi do Polaków, Pakistańczyków, Hindusów, Węgrów, Irańczyków, itd.

Przykład:


                Kościół katolicki – w osobach norweskich hierarchów – oczekuje od Polonii integracji społeczno-językowej mniej więcej tak, jak wymaga się czegoś od nielubianego kolegi w szkole – ma się upodobnić do innych, albo siedzieć cicho. O ile oczekiwania takie spełniają imigranci nie mający raczej perspektyw albo planów na powrót do ojczyzny – Wietnamczycy, Filipińczycy itd., o tyle charakterystyka polskiej rzeszy w Norwegii zupełnie nie wykazuje podobieństw z tymi grupami i stawianie im podobnych oczekiwań jest raczej zwyczajnym błędem i przejawem niewiedzy, a wręcz ignorancji wobec Polaków, ich historii, roli religii w życiu społecznym i ich życiowych oczekiwań wobec pobytu w Norwegii.

Podejście do sprawy hierarchów katolickich wygląda wręcz na realizację jakiegoś państwowego programu. W niektórych parafiach pojawił się nawet pomysł, by zlikwidować polskie Msze, aby w ten sposób przymusić Polaków do uczestniczenia w nabożeństwach w języku norweskim, co – w oczekiwaniu kleru – miało przynieść masowe przystąpienie Polaków do nauki i używania języka norweskiego w życiu codziennym.

Polacy są dominującą grupą wśród aktywnych religijnie katolików w Norwegii. Niestety norwescy hierarchowie nie przyłożyli się zbytnio do lekcji, nie rozpoznając roli Kościoła w polskiej świadomości narodowej na emigracji, ani konotacji historycznych w rugowaniu języka ojczystego z kościołów. Eksperyment nie udał się i – przynajmniej chwilowo[2] – zarzucono pomysł wymuszania na Polakach używania języka norweskiego w życiu osobistym.



[1] Licząc obie odmiany norweskeigo – bokmål oraz nynorsk – jako jeden.
[2] Rok 2015.

Bezpieczeństwo

                Upraszczając, można pokusić się o stwierdzenie, że Norwegia jest krajem równie bezpiecznym, co Polska[1]. Nie widać wałęsających się i zaczepiających meneli, ani tym bardziej psów. Nie widać bójek na ulicach. Noszenie broni jest obostrzone podobnymi regulacjami jak w Polsce.

                Sprawa ma się zgoła inaczej, jeśli chodzi o nocne życie, czyli spędzanie czasu na popijawach w barach (a i czasem w domach prywatnych). Owszem, knajpy wieczorami są zaludnione, także ogródki piwne i to niezależnie od pory roku. To, co dzieje się od poniedziałku do czwartku, to jedynie preludium do weekendu. A ten zaczyna się w piątek, acz dla coraz większej rzeszy Norwegów już w czwartkowy wieczór. Wtedy to bary zapełniają się do granic możliwości. Przed popularniejszymi lokalami stoją selekcjonerzy (zawsze oznaczeni i dobrze ubrani). Kontrolują dokumenty (są wyższe niż w Polsce dolne limity wieku do picia mocniejszego alkoholu i są one przestrzegane) oraz trzeźwość.

                W dużych miastach, a szczególnie tam, gdzie jest przemysł, jest mnóstwo chętnych do wyluzowania się po ciężkim tygodniu pracy. Także eksperci-ekspaci – nierzadko samotni, wolni strzelcy, sowicie opłacani (1-2 mln koron rocznie), z minimalnymi kosztami własnymi (mieszkanie, wyżywienie, dodatki i loty do domu opłacone) mają dużą nadwyżkę do wydania. Okazuje się wówczas, że alkohol także w Norwegii działa na ludzki umysł tak samo jak w Rosji, w Czechach, w Argentynie, czy w Polsce. Czasem rodzi się agresja, czasem niekontrolowane zachowanie.

                To dla nich wtedy zamyka się dla ruchu ulicznego cały kwartał miasta, gdzie znajduje się największe skupisko barów. Okolica jest zabarykadowana – można przejść, ale nie przejechać – i oznakowana, całą noc pilnowana przez policję. Tu jednak można doznać szoku kulturowego, jeśli tak można to nazwać. Policja nie pilnuje miasta, strzegąc przed pijakami. Policja pilnuje bezpieczeństwa pijanych ludzi, by sobie krzywdy nie zrobili, by nie wpadli do morza (nabrzeża portowe znaleźć można w centrum wielu miast), by nie wpadli pod auto, czołgając się w poprzek skrzyżowania. Tylko sikać na drzewo nie wolno. Służby mundurowe są silnie wspierane przez wolontariuszy wyposażonych w kamizelki organizacyjne, identyfikatory i rękawiczki gumowe. Pomagają otrząsnąć się z najgorszego stanu, doprowadzają ludzi w potrzebie do taksówek i autobusów.

                Od piątkowego wieczora do niedzielnego poranka (w sezonie wiosenno-letnim nawet przez cały ten okres) nie przejedzie się przez niektóre okolice centrum miast samochodem. Norwegia chroni swoich alkoholików, w końcu to wolny kraj. I choć w weekend, czy wieczorem albo w niedzielę i święta w Norwegii alkoholu (nawet piwa czy wina) poza knajpą kupić się nie da, każdemu wolno się upić i zadaniem państwa – w norweskim rozumieniu – jest chronić tych, którzy to hobby uskuteczniają.

                Osobną sprawą jest bezpieczeństwo ogólne i terrorystyczne. Odcinając się od poglądów rasistowskich, od ksenofobii, czy dyskryminacji religijnej, trzeba pamiętać o coraz silniejszym w Norwegii żywiole muzułmańskim. Wiadomo, że wielu z muzułmanów to uchodźcy (polityczni, ekonomiczni, wojenni), wśród nich większość to spokojni, dobrzy ludzie. W ich gronie niestety także zdarzają się odchyły, te są wówczas szczególnie wyraziste, przez to głośne.

                Kilka lat temu Norwegia doświadczyła serii gwałtów na kobietach. W wyniku śledztwa ujawniono, że sprawcami byli muzułmańscy taksówkarze. Większość norweskich taksówkarzy to muzułmańscy imigranci. Licencja taksówkarza i kurs są bardzo drogie, a im – w ramach przystosowania do społeczeństwa norweskiego, państwo poprzez gminy funduje kursy zawodowe, na które nie stać wielu miejscowych, bądź legalnych imigrantów ekonomiczncyh z Europy. W pewnym okresie owi muzułmańscy taksówkarze – nie uznając europejskich standardów wolności osobistej – uznali, że kobiety korzystające z usług taksówek same pchają się w ich objęcia, dając przyzwolenie do wolnego seksu taksówkarzom. Taka postawa w europejskim kręgu kulturowym jest niezrozumiała i nieakceptowalna. Gdy ustalono sprawców i nagłośniono sprawę, organizacje muzułmańskie miały pretensje o nagonkę prowadzoną przeciwko nim na tle religijnym. Ostatecznie zrozumieli swoją rolę w tej tragedii i – jak na razie – skutecznie przyczynili się do pohamowania żądz wśród swoich wyznawców mieszkających w Norwegii.

                Jak twierdzi norweska policja, obecnie Norwegię infiltrują terroryści muzułmańscy z różnych państw Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i z Afryki tak samo jak inne – głównie bogatsze – państwa Europy. Jak przyznaje policja norweska – ponad 100 osobom z tych regionów odmówiono prawa do azylu w Norwegii z uwagi na ich powiązanie z organizacjami terrorystycznymi. Ilu udało się dotrzeć do Norwegii, nie wiadomo. Norweskie władze przyznają, że nie są w stanie skutecznie ochraniać 20 tysięcy kilometrów wybrzeża i setek maleńkich portów w odległych terenach. Tak samo – w ramach strefy Schengen – osoby z Francji, Szwecji, Niemiec, czy Danii mogą swobodnie przemieszczać się także do Norwegii. Swego czasu ogłaszano alarmy antyterrorystyczne, co w widoczny sposób objawiało się przesiewową kontrolą dokumentów na lotniskach przez kilka dni. Jakie były rezultaty tych akcji, nie podano.

                Zagrożenia ze strony imperialnych zakusów agresywnej Rosji są wobec Norwegii raczej tylko teoretyczne. Norwegia co prawda jest silnym i aktywnym członkiem NATO, w Norwegii znajduje się centrala zarządzania operacjami wojennymi NATO, Rosja także kilkukrotnie prowokowała norweskie siły do akcji „przechwytywania” (tak nad Morzem Północnym, jak i nad Bałtykiem, gdzie Norwegia rotacyjnie patroluje niebo nad Litwą, Estonią i Łotwą). Warto jednak pamiętać, że Norwegia szczyci się tym, że nigdy w historii nie miała żadnego konfliktu zbrojnego z Rosją (jako jedyny sąsiad Moskali). Wręcz przeciwnie, są Rosji wdzięczni za wyzwolenie spod niemieckiej okupacji (o Polakach w Narwiku raczej się nie mówi). Stąd pewnie panuje powszechne przekonanie, a może słuszna nadzieja, że do konfrontacji nie dojdzie.

                Reasumując, na ulice miast, a tym bardziej odludnych wsi można wybierać się na spacer o każdej porze dnia i nocy, w praktycznie każdych okolicznościach i bez obawy o swoje bezpieczeństwo. W mniejszych miejscowościach dzieci swobodnie bawią się na uliczkach przed domami. Przerażać raczej może głusza i brak przechodniów, niż poczucie realnego zagrożenia.



[1] Nie dotyczy wypadków drogowych.

środa

Mieszkania

                Jakość mieszkań musi szokować. Najdziwniejsze może wydać się to, że szokuje in minus – zdaje się, że ponad połowa Norwegów mieszka w domach, których jakość – delikatnie ujmując – pozostawia wiele do życzenia. Nietrudno odnaleźć w centrach miast i poza nimi domy, które robią wrażenie, że gdyby stały w Polsce, już dawno nakazano by ich wyburzenie ze względu na zagrożenie dla zdrowia i życia ludzkiego.

                W tej materii – jak ze wszystkim w Norwegii – dostrzega się skrajności. Są też i wielkie „pałace”[1], supernowoczesne domy i zupełnie znajomo wyglądające szeregowce, bądź bloki mieszkalne.

                Poza niewielkim odsetkiem, znakomita większość domów w Norwegii to budowle drewniane. Niektóre na murowanej, bądź z lanego betonu podbudówce – piwnicy, podmurówce, bądź charakterystycznym piwnico-parterze (o tym za chwilę). Nie są to jednak – jak można by oczekiwać – budynki, o których w Polsce pisze się i mówi jako skandynawskim wzorze nowoczesnego, ekologicznego budownictwa. Nowowybudowanego domu – bez przekąsu – z zewnątrz nie odróżni się od stojącego tuż obok 100-letniego, wyglądają autentycznie tak samo. Prosta budowla szkieletowa z lekkim wypełnieniem, deskowym „sajdingiem” i drewnianymi oknami.

                Norwedzy – jako ogół – nie znają, czy raczej nie rozumieją pojęcia oszczędności, energochłonności, czy ekologii! Trzeba obalić fałszywy, choć miły dla Nordyków mit. W Norwegii marnotrawi się w dużych ilościach wszelkie rodzaje dóbr i środków. Najłatwiej dostrzec marnotrawstwo energii elektrycznej i cieplnej. Stosowanie izolacji termicznej jest w powijakach. Owszem, w ogłoszeniach o mieszkaniach na sprzedaż, czy na wynajem pokazuje się klasę energetyczną  (zgodnie w dyrektywami UE), lecz są one nader często bardzo niskie. Mieszkanie z wyłączonym ogrzewaniem wiosną, czy jesienią już po 24 godzinach wychładza się do temperatury bliskiej tej na zewnątrz. W Polsce to raczej nie do pomyślenia.

                Wychodzi się w Norwegii z przekonania, że energia elektryczna jest tania i dlatego nie trzeba jej oszczędzać. Wiele domów i niemal wszystkie firmy pozostają permanentnie oświetlone wewnątrz niezależnie od pory dnia i roku. Wprost wyśmiewa się oszczędność, mówiąc, że jedna żarówka rocznie zużywa energię wartą ok. 150 koron[2], więc „nie ma o co się martwić”. Gdyby policzyć, że 10 takich żarówek daje już wartość naprawdę wystawnego obiadu w norweskiej restauracji… Cóż, przeciętnego Norwega i tak na to stać, nawet jeśli nie oszczędza.

                Co więcej, około 98% energii elektrycznej w Norwegii pochodzi ze źródeł odnawialnych, w większości z rzek. Stąd też aspekt ekologiczności także nie jest brany pod uwagę w kontekście marnowania prądu, bo energia elektryczna jest „eko”.

                Wracając do mieszkań – poza wyjątkowymi rozwiązaniami (np. osiedlowa mikrociepłownia gazowa) – ogrzewanie mieszkań odbywa się za pomocą grzejników elektrycznych. Normą są dodatkowe grzejniki olejowe stawiane na środku pokoju. W starszych budynkach, a szczególnie tam, gdzie kuchnia to jedynie aneks w postaci mebli kuchennych w pokoju, bądź przedpokoju, dogrzewa się także kuchenką elektryczną starszego typu.

                Łazienki traktowane są dość po macoszemu – kafle, schowane rurki instalacyjne raczej nie są normą. Częściej raczej widać linoleum, plastikowe atrapy kafli, czy okropne rury wędrujące dziwacznymi trajektoriami przez łazienkę. Wobec nierozpowszechnienia wentylacji grawitacyjnej, stosuje się niezamykane otwory w ścianach o średnicy ok. 10-12 cm, nierzadko wyposażone w wentylator sprzężony z oświetleniem, by nie dało się go wyłączyć podczas toalety w łazience. Dość powszechne jest ogrzewanie podłogowe (elektryczne). Wszystko po to, by uniknąć – i tak nierzadkiego – grzyba na ścianach i suficie łazienki (w mieszkaniach wynajmowanych faktem zaistnienia grzyba obwinia się lokatora, a nie błędne rozwiązania zastosowane przez właściciela). Grzyb taki jest powszechnym problemem zawilgoconych łazienek w tym klimacie.

                Sypialnia w norweskim domu do zaledwie prosta noclegownia – bez wygód. Proste rozwiązania widziane w Ikei wydają się wręcz szaloną ekstrawagancją wobec stylu nadawanego norweskim sypialniom. A raczej braku stylu. Typowa norweska sypialnia to niekoniecznie duże łóżko (jeśli chodzi o „jedynki”), bądź queen size (dla pary). Łóżko może być „wstydliwie” wciśnięte w lukę na strychu, pod skos sufitu, pod okno, bądź między trzema ścianami maleńkiego pomieszczenia; czasem łóżko to tylko materace na podłodze. Zdarzają się sypialnie bez grzejnika i bez okien. Do tego mała szafka, lub otwarty wieszak-stojak na kilka ubrań. Są też lepiej wyposażone sypialnie, taka jak opisana jednak wydaje się standardem. To wynik tego, że Norwegowie nieco inaczej niż Polacy traktują sypialnię. Do niej się tylko „wskakuje” przespać, a całe życie toczy się we wspólnej przestrzeni głównego pokoju lub kuchni.

                Główny pokój – niezależnie od wielkości – to standardowo sofa, stolik (często niższy od siedziska), telewizor i komputer. Czasem mały regał, stojak z gitarą (nie koniecznie do grania), czasem rower. Jeśli jest na to miejsce, to stół obiadowy, choć raczej Norwegowie główne posiłki spożywają w kuchniach, nie rozpraszając się telewizorem, co należy uznać za pozytywny aspekt dla życia rodzinnego. Całkiem powszechnym meblem pokoju jest odkurzacz, którego w wielu mieszkaniach nie chowa się (często nie ma gdzie schować). Rzadko widuje się mieszkanie udekorowane bibelotami, większą liczbą mebli, regałów, wzorzystymi tapetami; taka stylizacja kojarzy się z minionymi pokoleniami i jest bardzo niepopularna.

                Norwegowie lubują się w ozdobnych napisach typu „Home, sweet home”, „Love”, „Kitchen” oraz w ramach z czarno-białymi zdjęciami Nowego Jorku, Londynu, bądź Paryża. Powiedzieć o kolorystyce mieszkań, że jest stonowana, to jakby nic nie powiedzieć. Mały procent mieszkań jest urządzonych na europejską modłę – z firanami, tapetami, barwnie pomalowanymi ścianami, z dywanami, czy licznymi ozdobami. Standardem raczej jest surowość. Białe ściany (by było łatwo pomalować od nowa), podłogi panelowe, w starych domach gołe ściany z kamienia lub cegieł, gołe belki nośne, a nawet kamienne podłogi część ścian. Do tego nieliczne czarne, czasem czerwone ozdobniki i na tym właściwie koniec. W nowoczesnych budynkach można znaleźć całe pomieszczenia z nagiego, „naturalnego” betonu. Norwedzy nazywają to nordycką pragmatycznością. Polak raczej by powiedział, że to nie wykończone mieszkanie (chyba że jest nowoczesnym architektem i uważa takie rozwiązania za supermodną nowość).

                Z zewnątrz domy obite są deskami. Niektórzy konserwują je właściwie i mają dobre zabezpieczenie na lata. Niektórzy jednak uciekają się do rokrocznie powtarzanych półśrodków – myjka ciśnieniowa do zmycia warstwy brudu i raz na jakiś czas malowanie całego domu, co kilka lat wymiana połaci desek zewnętrznych.

                Ciekawostką są dość popularne kominki na drewno (rzadziej na gaz, czasem elektryczne udawacze), które spotkać można także w budownictwie wielorodzinnym.

                Wspomniane już okna są niemal zawsze drewniane (o czym miejscowi nie wiedzą – wiele z nich jest polskiej produkcji). Sposób ich otwierania jest często staromodny – dół okna idzie na zewnątrz, choć nie jest to jedyne rozwiązanie. Okna są 2-szybowe, starsze z niehermetyczną komorą, czasem antywłamaniowe. Jeśli otwierane do wewnątrz, to klamka otwierania pionowego po stronie zawiasów i tak utrudnia odchylenie okna do końca.

                Niemal nieznane są firanki. Brak jest w Norwegii zwyczaju używania firan (co najwyżej ozdobne po bokach okna) ani zasłon. Obecnie Norwegowie wręcz znajdują na to socjologiczne wytłumaczenie – wychodzą z przekonania, że okien się nie zasłania, bo nie ma takiej potrzeby, gdyż nikt nikomu w okna nie zagląda. Więcej na ten temat w rozdziale o wścibskości. Stąd też u niektórych przekonanie, że okna zasłaniają ci, którzy mają coś do ukrycia. Polak pewnie zauważy, że zasłony (rolety, żaluzje), bądź – rzadziej, bo trudno dostępne – firany i zazdrostki częściej stosują imigranci.

                Wiele rodzin nie zamyka swoich mieszkań także podczas nieobecności w domu (ale okna stosują antywłamaniowe). Za to do mieszkań w blokach pełny dostęp ma administrator, „żeby się lokator nie musiał martwić” o udostępnienie w razie remontu, czy przeglądu technicznego.

                Jako że domy tak licznie są drewniane, tak samo ich klatki schodowe, nie spełniają one norm przeciwpożarowych. Stąd obowiązkowym wyposażeniem mieszkań są czujniki dymu[3] w każdym pokoju, przedpokoju i kuchni, gaśnice (przynajmniej jedna na mieszkanie) i – od jakiegoś czasu – awaryjne wyłączniki zasilania kuchenek elektrycznych (reagujące na ciepło, czasem zbyt spontanicznie). Wymagane są także drogi ewakuacyjne poza klatkami schodowymi – o tym mowa w osobnym rozdziale.

                Wodę bieżącą – poza tymi osiedlami, gdzie jest centralna ciepłownia – a więc w prawie każdym domu i mieszkaniu grzeje się w indywidualnych bojlerach elektrycznych. Są one standardowym elementem wyposażenia domu – bądź w kuchni, bądź w łazience, czasem tylko w pralni, czy specjalnym pomieszczeniu. W starszych modelach bojlerów można regulować temperaturę wody. W nowszych – zgodnie z nowymi przepisami – już nie ma takiej możliwości i grzanie odbywa się stale i „na maksa”. Państwo musiało „pomyśleć” za mieszkańców, by ci nie ryzykowali zalęgnięcia się bakterii w swoim systemie grzewczym.
Bardzo rzadko widuje się w Norwegii wanny. Z kolei prysznice – szczególnie w nowocześniej urządzonych łazienkach są nieraz sprowadzone do minimum – uchylne szklane drzwiczki w rogu łazienki, które rozkłada się nad podłogą tylko na czas kąpieli. Po ablucji trzeba wytrzeć podłogę z wody rozlewającej się z powodu braku brodzika. Wnęka z tekstylną zasłonką to także dość typowy widok.

                Rzadko spotyka się liczniki wody. Elektryczne liczniki są za to oczywiste tak samo jak w Polsce. Niektóre mieszkania stosują gaz, lecz raczej w butlach.

                Standard kuchni to pełen przekrój od rupieci z lat ’60 do ultranowoczesnych. Kuchnia jako pomieszczenie jednak nie jest typowym rozwiązaniem. Często jest tylko ścianą w dużym pokoju, nierzadko też w przedpokoju. Kuchnia najczęściej ma zmywarkę do naczyń; jednak jej obecność lub brak nie wpływa na funkcjonalność zastosowanego zlewu – widuje się niemal wyłącznie jednokomorowy. Przy „taniej” energii i braku licznika wody nie ma tendencji, by przejmować się ekologią i ekonomią (ani wygodą) podczas zmywania.

                Nie dziwią także mieszkania z wejściem z ulicy wprost do kuchni lub dużego pokoju. Powszechne są tarasy. A w blokach korytarze często są poprowadzone na zewnątrz, skutkując tym, że okna sypialni i kuchni wychodzą wprost na ciąg komunikacyjny.

Szerokopasmowy internet jest w większości mieszkań, podobnie jak internetowa telewizja kablowa. W mieszkalnictwie wielorodzinnym prawie nigdy nie wolno montować anten satelitarnych. Mało – poza Oslo – jest kamienic czynszowych. Raczej spotyka się 2-, 3- i 4-mieszkaniowe domy, gdzie często mieszka właściciel i wynajmuje kolejne lokale.

                Wiele domów ma wydzielone mieszkania w piwnicach. Rozróżnia się w Norwegii dwa rodzaje piwnic – kjeller (piwnica właściwa) i sokkel (półpiwnica). Piwnica – zawsze murowana (cegły, kamienie), bądź betonowa – zwykle z bardzo niskimi pomieszczeniami, często z rurami z instalacji schodzącymi z góry, maleńkimi oknami pod sufitem, czasem wpuszczonymi we wnękę w ziemi, lub z widokiem na śmietnik, pod schody, pod taras, czy na nogi przechodniów na ulicy. Sokkel to właściwie parter częściowo wpuszczony w ziemię, często osobnym wejściem, raczej z właściwej wielkości oknami.

Może nieraz zaskoczyć niezrozumiały układ mieszkania – łazienka za kuchnią, sypialnia bez okna, bądź pokój, do którego wchodzi się przez łazienkę, albo łazienka z ubikacją wielkości 2 kabin prysznicowych, do której wchodzi się przez część prysznicową właśnie.

                Kjeller to typ mieszkania raczej nie do zaakceptowania w polskich warunkach. O ile nie chce się desperacko oszczędzić na koszcie wynajmu, ciemna, ponura, zatęchnięta i ciasna piwnica, zwykle z „wstydliwie” ulokowanym wejściem nie jest tym, czego się odruchowo szuka. Ceny jednak mogą zwieść, bowiem zdarzają się oferty najmu takiej obskurnej piwnicy w cenie porządnego mieszkania na piętrze.

                Podobnie rozróżnia się dwa standardy mieszkań – hybel (niski snadard, bądź mały lokal) i leilighet (wyższy standard, choć może być w piwnicy typu sokkel).

                Istnieją także takie ciekawostki, jak mieszkania w budownictwie nowoczesnym, w których niektóre pomieszczenia mają na przykład 170 cm wysokości. Mogą do tego stanowić wykusz, nie zawsze mają okno. W zależności od fantazji projektanta, mają być salonem dziennym, lub sypialnią. Norweskie prawo nie uznaje tych pomieszczeń za część mieszkalną. Stąd w ogłoszeniach o wynajmne można zobaczyć mieszkania 2-, 3-pokojowe o powierzchni np. 24 m2. De facto są one dwukrotnie większe, ale do metrażu nie wlicza się tych „jamek”.

                Fantazja nie opuszcza także właścicieli starych domów. Po przebudowach zdarza się im na przykład wyczarować mieszkanie z dawnej, nie używanej już klatki schodowej. I tak mieszkanie o powierzchni 32 m2 rozłożone jest na 3 poziomach. Parter[4] – przedpokój, lub pokój dzienny z aneksem kuchennym, piętro powyżej – sypialnia z garderobą, piętro poniżej wejścia (czyli dawne zejście do piwnicy) to łazienka. Wszystko w tym opisie powinno raczej być w cudzysłowie. Niestety takie oferty – choć rzadkie – są autentyczne i na poważnie.

                Ceny najmu wahają się od bardzo wysokich do astronomicznie wysokich. Miesięczny najem mieszkania o sensownej jakości, dla dwóch osób to (absolutne) minimum 8-9 tysięcy koron i raczej 10-12 tysięcy (głównie w Bergen, Stavanger, Trondheim i Oslo) i więcej za mieszkanie powyżej 40 m2. Do tego należy doliczyć zabezpieczenie w postaci depozytu bankowego w wysokości od 1- do 6-miesięcznego czynszu. Niektórzy najmujący akceptują gwarancje pracodawcy; ostatnio rozpowszechniają się także (drogie) ubezpieczenia zastępujące depozyty.

                Zarówno rynek najmu jak i rynek sprzedaży jest rynkiem podaży (oferenta)[5]. Dla najmujących organizuje się autentyczne kastingi. Albo pojedynczo, albo grupowo – właściciel (lub działająca dla niego agencja) zaprasza potencjalnie „lepszych” kandydatów wybranych uprzednio na podstawie pisemnych aplikacji. Spośród tych kandydatów – na podstawie widzimisia – właściciel lub agent wybiera osobę, którą zaszczyci wynajęciem jej mieszkania. Przy kupnie domu stosuje się telefoniczne licytacje; tu decydują już raczej wyłącznie sprawy ekonomiczne. Niektórzy Polacy decydują się na wynajem pokoju (od ok. 3-4 tys. koron) lub mieszkania, czy całego domu dla dużej grupy mieszkańców. Tak można obniżyć koszty życiowe kosztem standardu życia.

Do rachunków należy doliczyć koszt energii elektrycznej (od 400 kr miesięcznie latem do 1200 kr a nawet więcej zimą), internetu (300-400 kr), abonamentu telewizyjnego, kablówki itp. W 2015 roku zakup mieszkania na kredyt hipoteczny w Norwegii stał się bardziej opłacalny, niż trzymanie pięniędzy w banku, bowiem inflacja przewyższyła koszt kredytu. Pompuje to bańkę mieszkaniową, utrudniając dostęp mniej zasobnym klientom i windując i tak horrendalnie wysokie ceny zakupu.

                Władze miejskie znalazły nowy sposób na walkę z przeludnieniem miast i zbyt dużą liczbą samochodów. Nazwać tę metodę absurdalną było by nadmiarem taktowności. Otóż w niektórych miastach zakazuje się rejestracji nowych mieszkań na wynajem. Każe mieszkanie musi być w urzędzie zarejestrowane jako lokal mieszkalny. Jeśli ktoś przebudował część domu, wygospodarowując nowy lokal, musi to zgłosić. Jeśli w międzyczasie udostępnił lokal pod wynajem, pozostaje niejako w prawnym zawieszeniu. Urząd mimo wszystko ma prawo zawetować rejestrację takiego mieszkania. I tak się zdarza. Urząd gminny może przykładowo argumentować, że chcą ograniczyć liczbę samochodów w danej dzielnicy. Więc użytkowane od lat mieszkanie, którego właściciel starał się je zalegalizować, pisał odwołania, musi zostać zwolnione i mimo spełniania standardów nie wolno go wynajmować. Mieszkańcy muszą się wyprowadzić. A urzędnicy z pewnością są zadowoleni, że zrównoważyli gęstość zaludnienia. Od razu zapachniało świeżym powietrzem (nawet jeśli ci biedni ludzie nie mieli samochodu).








[1] Obszerne budynki także są w całości zbudowane z drewna, w stylizacji nieco przypominające polskie dworki.
[2] Stosując uproszczony przelicznik, to około 75 zł.
[3] Wykształcił się w zawiązku z tym nowy zwyczaj na Boże Narodzenie – co orku tuż przed Wigilią wymienia się baterie we wszystkich czujkach dymu w domu.
[4] W Norwegii z zasady stosuje się numerację pięter od jedynki dla parteru. Nie jest to jednak ścisła reguła i można się często pogubić w zastosowanej konwencji. W skrajnych przypadkach gubią się w numeracji nawet projektanci wind i wówczas w jednej kabinie windowej są dwa panele z guzikami do sterowania – dotykowy i dla niewidomych, z przesunięciem numeracji. W pewnym budynku parter na panelu dotykowym jest numerem 2, a na panelu dla niewidomych ma numer 1. Czasem parter jest oznaczony jako piwnica, choć pod nim są jeszcze dwa poziomy podziemne.
[5] Sytuacja nieco się podprawiła na korzyść najemców w 2015, aczkolwiek nie są to drastyczne zmiany.



Norweskie tablice rejestracyjne

Norweskie tablice rejestracyjne nie wyróżniają się zbytnio od europejskiego "stylu". Co najwyżej stosuje się różne dziwaczne prze...