sobota

Ekologia


                Ekologia w Norwegii to temat nadający się pewnie na niejedną konferencję naukową. A wnioski z opracowań rzetelnych fachowców, o ile nie byłyby obarczone skrzywieniem poprawności politycznej, doprowadziłyby do upadku niejednego mitu na temat Norwegii.

                Norwegia to kraj ludzi nieprzyjaznych środowisku! To teza, którą zadziwiająco łatwo będzie udowodnić. Na początek warto przytoczyć nieco kontrapunktów:

·         ogromna większość energii elektrycznej w Norwegii pochodzi ze źródeł odnawialnych – głównie rzeki, nieco „farm wiatrowych”;
·         Norwegia ma najwyższy na świecie odsetek pojazdów zasilanych energią elektryczną – głównie samochody osobowe, a także motorowery, autobusy miejskie i pojedyncze promy morskie krótkiego zasięgu;
·         indywidualne budownictwo mieszkaniowe zdominowane jest przez konstrukcje drewniane;
·         isniteje dobrze zorganizowany obieg surowców wtórnych – w domach segreguje się odpady, rozdzielając od śmieci ogólnych makulaturę, szkło, bioodpady i plastik.

Tak sprawę widzą dumni Norwegowie. Zaś krytycznym okiem, szczególnie osoby z zewnątrz, łatwo dostrzec znaczą liczbę czynników negatywnych, których istnienie albo się w Norwegii neguje, albo przemilcza.

                W Norwegii marnotrawi się niewyobrażalne ilości energii i zasobów. Przyglądając się tlyko tym najbardziej widocznym, warto przytoczyć kilka przykładów.

·         Dominującą odmianą silników w samochodach są dizle. Wynika to – paradoksalnie – z troski o ochronę środowiska właśnie. Od wielu lat w Norwegii panuje mit – lansowany niegdyś przez raczej niedouczonych dziennikarzy – jakoby silniki z zapłonem samoczynnym były mniej uciążliwe dla środowiska, niż benzynowe. Było to na fali wprowadzania filtrów cząstek stałych i „downsizingu”[1], a także nieco mniejszego (wg testów oficjalnych) zużycia paliwa.[2] Reszta Europy już nie trzyma się kurczowo tego fałszywego poglądu i użytkownicy raczej mają świadomość większych kosztów eksploatacji nowoczesnego dizla oraz jego nieekoligczności w porównaniu do benzyniaka.

·         Norwedzy nie znają pojęcia oszczędności energii. Niektórzy pewnie z chęcią by zrezygnowali z montażu wyłączników światła w niektórych miejscach. Nieliczne firmy stosują oświetlenie sterowane zegarowo i z czujnikami ruchu. Powszechną praktyką jest raczej ustawiczne utrzymywanie włączonego światła. Zapytani o sens niegaszenia, przyznają wprost: Nie mamy przyzwyczajenia gasić światła[3], przecież prąd jest tani. Ważne – podkreślają, że prąd jest tani, nie zająknąwszy się nawet, że jest eko, bo to już tak oczywista oczywistość, że nikt nawet nie zaprząta sobie tym głowy. Prąd jest eko – owszem, pochodzi z turbin napędzanych wodą z rzek i spiętrzeń. Czy jest niewyczerpanym źródłem – o tym Norwegowie zdają się pamiętać tylko pod koniec lata, gdy przychodzą rachunki za znacznie droższy prąd, aniżeli w innych porach roku. To dlatego, że cena jednostkowa energii zależy mocno od ilości opadów w danym okresie; im więcej opadów, tym więcej wody – im więcej wody, tym prąd tańszy. Coż jednak z tego, skoro latem zużycie prądu w gospodarstwach domowych drastycznie spada. Koniec końców o wyłączeniu „zbędnej żarówki” nikt nie myśli. Ba, w reakcji na chęć wyłączenia niepotrzebnego oświetlenia, niektórzy Norwedzy reagują zdziwieniem, komentując mniej więcej tak: „Ja tego nie rozumiem, w Norwegii tylko Szwedzi i Polacy gaszą wszędzie światło. Inni nie mają z tym problemu”. Oszczędzanie – tak portfela, jak środowiska to problem? Widocznie dla niektórych nordyków tak. Dalej można usłyszeć wyliczenie „Jedna żarówka rocznie zużywa prądu za 140 koron, więc co to za oszczędność?”. Ale jak ktoś ma takich żarówek 10 w jednym gospodarstwie – dom, garaż, podwórko, rocznie zaoszczędziłby na wystawny obiad w drogiej restauracji dla całej rodziny. To nie jest argumentem, powoduje tylko wytrzeszcz oczu norweskiego słuchacza, który przecież i tak chodzi do restauracji, kiedy ma ochotę, bo nie musi oszczędzać…

·         Izolacja termiczna to coś, co Polakom kojarzy się z domami skandynawskimi. Nic bardziej mylnego w Norwegii. Może w Szwecji – owszem. Norweskie domy nie zmieniły się o jotę od stu lat. Nie ma w tym kszty przekąsu, czy złośliwości. Nowowbydowany dom jest nieodróżnialny od stojącego obok stulatka. Co prawda w ogłoszeniach o nieruchomościach – wymogiem Unii Europejskiej – trzeba podać klasę energetyczną domu, ale na porządku dziennym widać najczęściej te niskie klasy, także w przypadku w miarę nowych obiektów. Dom typowo buduje się w konstrukcji szkieletowej, ze stosunkowo cienkimi ścianami i bardzo słabą izolacją. Z zewnątrz ściany okłada się folią i obija deskami. Zrzadka tylko widać, by inwestor stosował dodatkowe warstwy izolacji pod sajdingiem. Podobnie okna – starego wzornictwa, drewniane, nawet z niehermetyczną kasetą. Zimą chłód i wilgoć w domach biją czasem z każdego kąta. I znów – argument ten sam, co przy oświetleniu – przecież energia jest tania. A domy ogrzewa się grzejnikami elektrycznymi. Zazwyczaj są montowane podobnie jak kaloryfery – na ścianach, poniżej okien. Jednakże najpopularniejszymi zakupami zimą w Norwegii są chyba wolnostojące elektryczne grzejniki olejowe (kaloryfery na kółkach, do stawiania przy stole, fotelu, czy łóżku) oraz osuszacze powietrza, pomagające pozbyć się części wilgoci powodującej wszechobecną czarną pleśń. Niejedna rodzina dogrzewa się starszego typu kuchenkami elektrycznymi, jeśli szczęśliwie kuchnię stanowi aneks w pokoju stołowym lub przedpokoju. W starszych mieszkaniach autentycznie czuć powiew zimnego powietrza, nieszczelnościami okien nikt się nie przejmuje. Wiatrołapy czy przedpokoje istnieją, ale nie są zbyt częste; łatwo znaleźć mieszkania z wejściem wprost do pokoju lub do kuchni.[4] Zaledwie część domostw ma ogrzewanie centralne. Są to wówczas często małe, zautomatyzowane instalacje na gaz, podgrzewające wodę do kaloryferów i bieżącą.

Jeszcze gorzej sprawa się ma w zakładach pracy. O ile latem Norwegowie pamiętają, że to kraj chłodny i przy temperaturze 10 stopni C niektórzy już chodzą w krótkich spodenkach, w koszulkach z krótkim rękawem, a w biurach nie zamarzają przy temperaturze na poziomie 20°C, o tyle zimą, ubrani w koszule i grube swetry, wełniane skarpety (to co, że do sandałów), histerycznie zamykają okna i włączają ogrzewanie na maksymalną temperaturę grzejnika. Nierzadko jest to 30-37°C. Nawet zapytani, twierdzą, że nie odczuwają gorąca i zaduchu w pomieszczeniach. Grzeją, bo przecież jest zima. Zdają się rekompensować braki sprzed wieków, gdy ich przodkom doskwierało zimno[5]; ale przecież nie są szczurami i nie otrzymali w genach programu „zimą szukaj najcieplejszego miejsca na Ziemi”.

·         Osobna kategoria Norwegów – już znacznie mniej liczna – z kolei szczyci się tym, że nigdy nie zamyka okna. Czy słońce, czy deszcz, śnieg i wiatr – okno w sypialni musi być otwarte. Potem jest okazcja pokazać zdjęcie wody mineralnej, która zamarzła na stole, albo telefonu komórkowego, który przestał się ładować z powodu przechłodzonej baterii.

Trudno ocenić, czy to ta sama grupa, ale w miastach widać powszechną tendencję nie zamykania garaży. Poczucie bezpieczeństwa nie nakazuje chronić bramą zawartości garażu – często w nim jest raczej rupieciarnia, ale i motocykle, rowery, komplet kół z alufelgami. A że garaż znajduje się pod mieszkaniem i marnuje ciepło… przecież prąd jest tani. Co więcej, wiele nowoczesnych szeregowców oraz niektóre domy wolnostojące buduje się obecnie tak, że miast garażu pod mieszkaniem jest tylko wiata, niezamykana wnęka na samochód, nie będąca żadnym buforem dla uciekającego ciepła.

·         W domach zbiera się odpady, to wygląda na dość dobrze przestrzegany eko-obowiązek. W pracy tymczasem prawda ta wydaje się nie obowiązywać. Makulaturę – tak licznie produkowaną wciąż nawet w nowoczesnych firmach – niejednokrotnie miast do pojemnika na papier, wrzuca się wprost do śmietnika. A sławne norweskie kubeczki na kawę – niektórzy wręcz upominają, że choć są papierowe, nie należy ich wrzucać do makulatury, bo są zanieczyszczone.[6] Nie byłoby w tym problemu, gdyby nie fakt, że w Norwegii takich kubków zużywa się kilka milionów sztuk każdego dnia; każdego dnia całe tony papieru zamiast na przemiał, trafiają na śmietnik. Cóż, pewnie papier jest tani, w końcu to nie w Norwegii, a raczej w Rosji, Finlandii i Polsce wycina się na nie lasy.







[1] Z ang. downsize – zmniejszanie rozmiaru; tu – tendencja do używania silników o mniejszych pojemnościach.
[2] Jeszcze przed wielką aferą pewnego niemieckiego producenta.
[3] To samo dotyczy sprzetu biurowego – kopiarki, komputery, dziesiątki ogromnych telewizorów służących w biurach za monitory w salach konferencyjnych, ogrzewanie.
[4] Gdzie tam miejsce na buty i kurtki zimowe?
[5] W niektórych miastach, na przykład w Bergen obowiązywał niegdyś absolutny zakaz ogrzewania domów. Przepis ten był podyktowany troską o bezpieczeństwo po licznych pożarach drewnianych domów. Wskutek tego wiele osób zamarzło na śmierć we własnych domach, gdzie nie mogli napalić w piecu.
[6] Tymczasem kartoniki po śmietanie, jogurcie, mleku, soku wraz z zakrętkami, tłusty pergamin po maśle – w domach lądują w kontenerze na papier. W pracy eko-Norweg ma inne poglądy i pachnący kawą papierowy kubek na przeróbkę się ma nie nadawać.

Rachunki


                Porzekadło mówi, że w życiu tylko śmierci i podatków uniknąć nie można. Pozostając blisko tej żartobliwej tezy, można dodać, że od płacenia rachunków także wywinąć się trudno. Nie inaczej jest oczywiście w Norwegii. Przy tamtejszej bankowości elektronicznej i stacjonarnej, uważanej przez samych Norwegów za najnowocześniejszą na świecie, może bardzo zdziwić, jak powszechne są staromodne metody płacenia przelewem.

                Jest to kolejny kamyczek do norweskiego ogródka. Są przekonani o wyższości swoich rozwiązań, bo zwyczajnie nie znają innych. No, ale kto by wpadł na to, że coś norweskiego można porównywac na przykład z rozwiązaniami z Polski? Jeśli Norwegowie porównując się tylko do ich ukochanej Ameryki[1], mogą rzeczywiście żyć w przeświadczeniu o swojej nowoczesności.

                Rachunki do zapłaty wysyłane są do klientów na ustandaryzowanych formularzach. Nazywają się giro. Widnieją na nich wszystkie niezbędne informacje – dane klienta, dane odbiorcy, kwota, numer konta odbiorcy. Jest też numer KID[2], czyli kundeidentifikasjon – identyfikator klienta. Nazwa nieco myląca, gdyż de facto jest to identyfikator konkretnej transakcji – np. faktury, miesięcznego abonamentu, miesięcznej raty za ubezpieczenie, za leasing itp. Unikalny numer o długości do 25 cyfr pozwala odbiorcy jednoznacznie identyfikować klienta i sprawę, której płatność dotyczy. Tym samym numerem klient może posłużyć się parokrotnie do miesiąca od wystawienia dokumentu, gdyby miał potrzebę przelania dodatkowej kwoty. To dość dogodne rozwiązanie i należy norweski system za to wyjątkowo pochwalić.

                Z drugiej strony trzeba pamiętać, że gros ludności wciąż korzysta z papierowych zleceń przelewu. Dostarczają je na pocztę (lub stoiska pocztowe w sklepach), do oddziałów bankowych. Tam się je zostawia w skrzynkach, skąd są odbierane i wprowadzane do systemu przez obsługę. To dość kosztowna operacja, ale Norwedzy zdają się nie zważać na ten koszt. Do tego warto zwrócić uwagę – o czym szerzej w osobnym rozdziale – na godziny otwarcia banku. Przykładowo godziny pracy od 10:00 do 15:00 wyłącznie w dni powszednie i brak kasy gotówkowej nikogo nie dziwi, to standard. Niektóre banki mają własne bankomaty[3], a te dostępne – niewarygodne! – wyłącznie w godzinach pracy oddziału banku. Poza tymi godzinami trzeba korzystać z bankomatów innych banków za dodatkową opłatą za transakcję.

                Istnieje też możliwość dokonywania płatności za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Samemu wprowadza się dane z rachunku. Podając numer konta, automatycznie wypełnia się pole z nazwą odbiorcy (dotyczy odbiorców instytucjonalnych). Także KID jest automatyczne sprawdzany co do poprawności. Jeśli KID-u nie ma, można zastosować tekstowy opis transakcji. Szkoda, że interfejsy bankowości elektronicznej są bardzo nieprzemyślane. Trzeba błądzić po nieintuicyjnym menu w celu znalezienia żądanej funkcji. W niektórych bankach wyświetlenie stanu konta, czy historii konta nie jest w zestawie podstawowych czynności.

                Odmianą giro jest avtale giro – zlecenie stałe. Tak w wersji papierowej, jak elektronicznej można zaprogramować powtarzalną kwotę płatności. Organizacje charytatywne, religijne chętnie korzystają z takich zachęt ułatwiających płatności. Także z niektórymi uslugodawcami można podpisać drogą elektroniczną umowę na zlecenie stałe. Wówczas na koncie co miesiąc zostanie zarejestrowana automatycznie płatność (można wskazać limit kwoty nie wymagającej zatwierdzenia). Inni z kolei usługodawcy, czy przy sprzedaży z odroczoną płatnością wysyłają jedynie rachunek wprost na konto bankowe klienta i trzeba ten rachunek samodzielnie wyedytować i zatwierdzić.

                Pomimo ogromnej rzeszy obcokrajowców, mniejszości językowych – np. anglojęzycznych, czy Polaków – strony interntowe banków są dostępne praktycznie wyłącznie w języku norweskim. Jedne banki w ogólnie nie dają żadnej informacji w języku innym, niż urzędowy. Inne banki deklarują wersję anglojęzyczną, lecz ta opcja dotyczy co najwyżej części menu i danych kontaktowych do banku, lecz cała reszta wyświetlana jest po norwesku. Z pewnością może to przysporzyć trudności. Na szczęście zasób słownictwa przy podstawowych czynnościach jest w miarę ograniczony i – chcąc, nie chcąc – trzeba się go nauczyć.







[1] W znaczeniu USA.
[2] Czasem nazywany KID-nummer.
[3] Norw.: minibank.

Podróże za granicę


                Podróżowanie za granicę kraju jest dla przeciętnego Norwega tak naturalną sprawą, jak – przykładowo – zwykłe zakupy. Norwedzy nie lubią się stresować i ten stres także odsuwają od siebie w przypadku podróży. I przychodzi im to łatwo z paru powodów.

                Oczywiście przyzwyczajenie do ich własnej opinii, że wszystko co norweskie, jest najlepsze, przekłada się także na norweskich obywateli. Stać ich na podróżowanie autentycznie wszędzie na świecie. Ich paszporty są jednymi z najbardziej „wartościowych” na świecie – dających dostęp bezwizowy do znakomitej większości państw globu. Świadomi siły swojej waluty (nawet pomimo niedawnych spadków), nie przejmują się zbytnio kosztem eskapady. Na plażowanie na Cyprze jeździ miejscowa „biedota”, za jaką się uważają spłacający dom wielomilionowej wartosci. Ci lepiej sytuowani jeżdżą na wakacje przykładowo do 5-gwiazdkowych hoteli w Singapurze, by tam popróbować dań z najlepszych kuchni świata, albo do San Fransisco, to tam mało jest przypadkowych turystów.

                Tajlandia, Australia, Nowy Jork, Paryż? To takie oczywistości, jak wyjazd nad jeziorko za miastem dla Polaka. Jeśli już chce się coś przeżyć, to musi być coś „konkretniejszego” – głusza afrykańskich puszcz, nurkowanie ekstremalne w Nowej Zelandii, surfing w Ameryce Południowej, piesza wędrówka przez całe USA, wyrpawa żaglowcem na Akrtykę.

                Jak tylko Norweg – choćby jeszcze tylko w myślach, nim wyjdzie z domu – przekracza granicę, czuje się jakby wyzwolony. Norwegowie nie przyznają, że odczuwają ucisk państwa policyjnego u siebie, czy donosicielstwa, ale w podróży da się u nich zauważyć jakby nutę zachłyśnięcia wolnością. To nieco obsurdalne, ale tak to wygląda.

                Udogodnienia strefy Schengen powodują, że Norwedzy zapominają nawet o paszporcie, gdy lecą do Szwecji, Francji, czy Polski. „Przecież nie ma kontroli” – można usłyszeć. Kłopoty zaczynają się, gdy do kontroli jednak dochodzi, a ta się zdarza, choć – na szczęście dla Norwegów – raczej po wylądowaniu właśnie na norweskich lotniskach. Wówczas okazuje się, że Norweg wybrał się w podróż zagraniczną bez żadnego dokumentu. Jedynym jako takim dokumentem, pozostaje wówczas karta bankomatowa. A ta zazwyczaj miewała na odwrocie zdjęcie właściciela i jego podstawowe dane – imię, nazwisko, data urodzenia i norweski pesel. Zwykle więc i brak dokumentów kończył się dla nich szczęśliwie. Norwegia obecnie wycofuje karty bankomatowe z „dowodem osobistym”; chyba to będzie wymagało programu edukacyjnego, by wytłumaczyć Norwegom, że muszą posługiwać się paszportami w podróży, gdyż  w tym kraju nie wydaje się dowodów osobistych takich jak w Polsce. Znane są także przypadki, że rodzina z trójką małych dzieci dopiero doleciwszy do portu docelowego w Tajlandii orientowała się, że nie ma ze sobą paszportu dla niektórych dzieci. Wcześniej nikt na to nie wpadł. Ot, nordycki luz.

                Szczęśliwie dla Polski, szybko wzrasta liczebność odwiedzin Norwegów w ojczyźnie Mickiewicza. Jak wynika z obserwacji i rozmów z samymi zainteresowanymi, znakomita większość z nich korzysta w ten sposób z bliskości i dostępności usług. Wciąż korzystny przelicznik waluty (pomimo kryzysu naftowego), pozwala Norwegom cieszyć się „absurdalnie tanimi” w ich odczuciu usługami i zakupami w Polsce.

                Tak więc nie mowy raczej o masowym wykupowaniu ubrań z sieciówek. W tym zakresie ceny są niemal identyczne, no, choć oferta akurat w Polsce jest znacznie szersza. Ale już towary bardziej luksusowe, butikowe, jakościowe buty, wyroby skórzane – są znacznie tańsze, niż w Norwegii. No i jeszcze można odzyskać VAT, wywożąc towar poza Unię Europejską.

                Wielką i rosnącą popualrnością cieszą się wszelkiego rodzaju usługi zdrowotno-kosmetyczne. To, że Norwedzy jeżdżą do Polski do stomatologów, jest już dość oczywistym dla wszystkich. Polscy lekarze słyną w Norwegii z kompetencji i niewiarygodnie niskich cen. Podobnie optycy i okuliści – opłaca się nawet po odbiór okularów specjalnie do Polski polecieć, byle nie zapłacić norweskiego cła, ani tym bardziej nie kupować okularów w norweskim sklepie. Powszechne są wszelkie usługi typu „spa” – kosmetyka. Doszło już wręcz do tego, że niektóre klientki przylatują do Polski – zwykle do Gdańska – wyłącznie celem wizyty w salonie fryzjerskim bądź kosmetycznym. Brzmi to równie fantastycznie, jak latanie polskcih gwiazd „za komuny” na zakupy do Paryża. Tym razem role się odwróciły. Jakość i ceny polskich usług podbijają rynek skandynawski i zdobywają serca Nordyków.

                Skandynawowie są w wielu sprawach niczym keczup. Długo się opiera, nim wyjdzie pierwsza kropla. Ale jak już poleci, to pół butelki. Raz nawiązane relacje, otwarte rynki, przekonanie do marki, pozostaje niemal „na całe życie”. Mody jednak się zmieniają i nie można liczyć, że za parę lat Norwegowie nie „odkryją” nowego raju zakupowego.

                Póki co, największa rzesza jednak jeździ, by spędzić czas w hotelach i restauracjach. Tam już w typowo norwesko-miejski sposób spędza się czas na jedzeniu i pijaństwie, nie zawrqacając sobie głowy małostkami, jak atrakcyjne turystyczne miasta, oferty kulturalne, przyrodę, czy najważniejsze zabytki. Od takich turystów barowych można co najwyżej dowiedzieć się, że taksówka z lotniska była dziwnie tania i ulice czystsze niż norweskie.

                Są też na szczęście rodziny, które chcą autentycznie zwiedzić coś ciekawego, dowiedzieć się coś o kraju, o którym de facto w Norwegii nie wie się nic, poza tym, że jest tani, szary, biedny, brzydki i gdzieś koło Rosji – czyli mniej więcej tyle, co o Polsce wie jedna z polskich partii politycznych. Tacy familijni turyści zwiedzają i krakowską Starówkę, i Wieliczkę, i Auschwitz, i warszawskie Stare Miasto, i muzea; chętnie pytają Polaków jeszcze przed wyjazdem, co warto zobaczyć  w danym mieście. Inni z kolei na propozycję podróży do Polski w nieskrywanym zdziwieniem pytają „O po co? Co wy tam możecie mieć ciekawego?” Nie warto się silić na odpowiedź. Przy takim podejściu, raczej marny trud przekonywania kogoś, kto zakłada, że niemal 40-miliony kraj nie ma nic do zaoferowania. W końcu to nie Niemcy, nie Paryż, nie Nowy Jork, nie Tokio…




Podróże po kraju


                Drogi dalekobieżne w Norwegii rozpoczęto na większą skalę budować dopiero w latach 60. XX wieku. Większego rozpędu inwestycje nabrały w czasie, gdy kraj zaczął się bogacić na wydobyciu gazu i ropy – w kolejnych dwóch dekadach. Do tamtego czasu Norwegia bardziej niż monolitem, była raczej zbiorem skupisk ludzkich, rozsianych na mapie niczym niedostępne wyspy. Najdogodniejszym transportem między miastami przez wieki pozotawał transport morski, zaś lądowy miał marginalne, raczej lokalne znaczenie w większości przypadków.

                To doprowadziło do wykształcenia się specyficznych lokalnych subkultur, sporego zróżnicowania dialektów języka norweskiego, a nawet do tego, że o mieszkańcach Bergen mówi się, że sami przedstawiają się Nie jesteśmy Norwegami, jesteśmy Bergeńczykami. Może to być wynikiem ich wyjątkowego dialektu, znacznie różniącego się niegdyś od pozostałych lokalnych wersji języka. Dziś te różnice znacznie się zatarły, a Bergen niezmiennie od niemal tysiąca lat jest jednym z najważniejszych ośrodków życia ekonomicznego Norwegii.




                Pomimo pozornego bogactwa kraju, budowa dróg rozwijała się w tempie nieprzystaającym do potencjału. Połączono wszystkie najważniejsze miasta ze sobą siecią dróg. Są to jednak drogi o standardzie porównywalnym raczej w wielu miejscach do dojazdowej drogi w polskich górach, prowadzącej do kilku posesji. Tam, gdzie łatwo było drogowcom „rozwinąć skrzydła”, tam droga jest w miarę szeroka, choć – uwaga – niemal zawsze jednopasmowa; miewa pobocza, zrzadka przydrożne parkingi. Zbyt często jednak droga taka wije się wąska skrajem urwiska, wisząc raczej bez znaczących zabezpieczeń nad przepaścią fiordu z jednej strony, przytulona do skalnego rumowiska z drugiej. W takich sytuacjach i na drogach krajowych nie jest rzeczą wyjątkową, że szerokość jezdni nie pozwala się wyminąć dwóm pojazdom. By temu zaradzić, co kilkaset metrów urządzone są mijanki – krótkie odcinki szerszej jezdni, oznaczone znakiem z literą M, gdzie należy przeczekać na swoją kolej celem dalszej jazdy.

                Cechą charakterystyczną norweskich dróg są niezliczone tunele. Norwegia wynegocjowała z Unią Europejską wyjęcie tuneli drogowych spod unijnego prawodastwa w tym kraju. Dzięki dogodnym warunkom geologicznym i nastawieniu polityków wszelkiej maści, inwestycje tunelowe znajdują poparcie w budżecie nawet dla najemniejszych wsi i wysepek. Osady liczące ledwie dwustu mieszkańców mogą się z łatwością wystarać o przebicie tunelu czy to przez góry, czy podmorskiego, by ułatwić ludności dostęp do główniejszych szlaków komunikacyjnych. Podobnie rzecz się ma z mostami przerzuconymi nad dolinami, fiordami.




                Dłuższe przeprawy morskie (w tym przez fiordy „w głębi lądu”) są w wielu miejscach jednak wciąż obsługiwane przez promy. Usługę tę zapewnia prywatna firma na kontrkacie z lokalną administracją. Ceny usług są zróżnicowane w zlaeżności od budżetu powiatu i długości przeprawy.

                Tam, gdzie prom zastępowany jest przez tunel, koszt przejazdu tunelem jest porównywalny z kosztem przeprawy promowej. Taka sytuacja trwa przeciętnie 20-40 lat, aż inwestycja zostanie spłacona i wówczas opłat się już nie pobiera, bądź pobierane jest tylko zwykłe myto municypalne.

                Aktualnie Norwegia szczyci się budową najdłuższego podmorskiego tunelu drogowego w Europie. Dwie nitki autostradowych tuneli (w ciągu drogi krajowej nr 13) mają połączyć miasto Stavanger przez fiord Hidlefjorden z miasteczkiem Tau. Ma mieć łączną długość ponad 30 km (z wyjazdem na powierzchnię na wyspie Hundvåg) i ukończenie planowane jest – wraz z towarzyszacymi tunelami stanowiącymi niejako podziemną obwodnicę Stavanger – na rok 2019. W niedalekiej przyszłości planowana jest jeszcze większa inwestycja – zastąpienie promu tunelem w ciągu trasy E39 pomiędzy wyspami Ressensøy i Vestre Bokn, gdzie panuje bardzo duży ruch kołowy w kierunku z Danii do Bergen.

                Norwedzy z nieskrywaną zazdrością patrzą na Szwecję, która pomimo mniejszej zasobności dysponuje znacznie lepiej rozbudowaną siecią dróg, bezpieczniejszą i szybszą. W Norwegii zaledwie nieco ponad 100 km tras stanowią autostrady. Z tej i tak niewielkiej puli najdłuższe odcinki znajdują się w okolicy Oslo, pojedyncze, krótkie także w okolicach Kristiansand (na wschód) oraz między Stavanger i Sandnes. Tam prędkość maksymalna podniesiona jest do 90 km/h a gdzieniegdzie – niemal jak rozpusta, jak na norweskie warunki – do 100 km/h.

                Sieć kolejowa także jest bardzo uboga. Łączy linią w kształcie litery U najważniejsze miasta przemysłowo-portowe – Bergen – Oslo – Krisitansand – Sandnes – Stavanger. Poza tymi ośrodkami, poza krótkimi, lokalnymi liniami o charakterze przemysłowym lub atrakci turystycznej, kolej w Norwegii nie istnieje.




                Stąd też, Norwedzy – nauczeni wielowiekomym doświadczeniem – nie poszukują usilnie możliwości jeżdżenia po swoim pięknym kraju samochodami, czy pociągiem. Transport lądowy nie leży w ich naturze podróżnika. Jako że ich w większości na to stać, chętnie odbywają dalekie podróże, niczym średniowieczni Wikinkowie. Tyle że statki i długie łodzie zastąpili transportem lotniczym. I wygląda na to, że w obecnych czasach także transport wewnętrzny – na terenie kraju – na dłuższych odcinkach odbywa się głównie właśnie samolotami. Duże odległości sprzyjają temu, a oferta lokalnych przewoźników lotnicznych wydaje się pokrywać zapotrzebowanie komunikacynje wszystkim większym miastom aż po północny kraniec kraju. Podobnie podróże zagraniczne – Norwegia przez swoje ukształtowanie terenu, stoi niejako tyłem do swoich lądowych sasiadów – głównie Szwecji, która jest „za górami”. I poza lokalnymi wisokami chyba tylko Oslo i Trondheim mają autentyczną komunikację lądową ze Szwecją. Choć z drugiej strony, do polarnego miasta Tromsø trudno dojechać z południa – na przykład z Polski – inaczej niż przez długość Szwecji i zahaczając wręcz o Finlandię nieopodal trójstyku tych trzech państw. Podróż tam z południa Norwegii przez Szwecję i Finlandię wcale nie jest złym pomysłem – wystarczy popatrzyć na mapę.

                Niech zatem nie zdziwi nikogo, że dla Norwegów dość oczywistym jest przemieszczanie się w kraju samolotami, co Polakom jeszcze nie do końca mieści się głowach. Na odludnych trasach daleko na północy łatwiej czasem spotkać zmotoryzowanych tursytów z Niemiec, z Polski, niż lokalnych.[1] Jazda po norweskich drogach jest żmudna, nudna, powolna i uciążliwa. By była atrakcją, musi nią być z założenia sama jazda i widoki po drodze; dojechanie do obranego celu powinien być drugorzędnym celem i wartością dodaną, by przejazd przez Norwegię nie stał się dla turystów podróżniczą katorgą.

                Dla typowego Norwega wyjazd za miasto nie jest żadną atrakcją, o ile nie prowadzi do daczy – maksymalnie kilka godzin jazdy od domu. Ci bardziej turystyczni lubią pojechać w kontkretnie miejsce celem odbycia wyprawy górskiej, czy rowerowej. Ale i te nierzadko wiążą się z przeprawą samolotową.

                Warto zauważyć, że sami Norwedzy szacują, iż zaledwie 10-15% z nich kiedykolwiek było w północnej części kraju za kołem polarnym. W codziennej świadomości życia w Norwegii o tych terenach się wie, ale się nimi nie zajmuje, bo „tam nic nie ma”.[2]







[1] Niech nie zwiodoą norweskie tablice rejestracynjne. Znacząca część turystów wypożycza w Norwegii kampery (norw. bobil [czyt. bu:bil] – czyli samochód mieszkalny) z lokalnych wypożyczalni i to nimi podróżują po tym kraju.
[2] Najlepiej chyba mentalną odległość do północnej części kraju oddaje stwierdzenie pewnego norweskiego polityka sprzed lat. W dyskusji o dyslokacji imigrantów podjęto decyzję, że mają być kierowani do gmin w całym kraju w liczebności proporcnonalnej do liczby mieszkańców każdej z gmin. Zbulwersowało to jednego z polityków, który – zapewne w desperackim akcie miłosierdzia wobec przybyszy – stwierdził, że nie można im tego zrobić, bo tam się nie da żyć, jest zbyt zimno i wszędzie daleko. Jego argumenty zostały „zbite” przypomnieniem, że mieszka tam jednak policzalna liczba norweskich obywateli i wszyscy mają takie same prwawa i obowiązki.

Polskie twarze



                Europejczyk Europejczykowi (nie) równy. Wiadomo, że obserwuje się różne typy twarzy w Europie i nordycki typ jest jednym z nich. Po przybyciu do Norwegii można zwrócić uwagę na niektóre osoby, wyglądające „jak typowy Wiking”. Można się przy tym mocno pomylić, spotykając nordycko wyglądającego Anglika, Polaka, Frncuza czy Litwina.

                Po paru miesiącach jednak nabywa się zaskakującej umiejętności spontanicznego wypatrywania w tłumie polskich twarzy. Rzecz jasna skuteczność takiego rozróżniania nie jest z oczywistych powodów stuporocentowa. Niemniej jednak jest nieoczekiwanie wysoka. Z łatwością można ropoznać osoby z Polski – a jest ich w Norwegii przecież niemało.

                Są też inne sposoby rozpoznania polskości. Choć raczej trzeba by powiedzieć, że polskość niektórych przechodniów sama narzuca się w mieście. Słyszane z daleka magiczne słowa na „k” i na „ch”, także wśród dorastającej w Norwegii polskiej młodzierzy nie pozwalają przejść obojętnie. Rzadki na szczęście widok – twarz czerwona z przepicia i niedopięta koszula w sobotni poranek w lutym też mogą być podpowiedzią, choć nie pewnikiem. Z kolei fakt, że ktoś trzyma w ręku puszkę polskiego piwa i popija beztrosko (surowo karane w Norwegii), wcale nie musi oznaczać obywatela spod znaku białego orła; może to być autochton z dziada pradziada, mający „kontakty”.


                Wśród nierzucającej się w oczy większości należy zachować językową wstrzemięźliwość – jak wszędzie na świecie. Są bowiem i w Norwegii osoby znające choćby podstawy polszczyzny. Mogą to być na przykład lekarze z dyplomem polskiego uniwersytetu. Mogą być imigranci z Rosji, czy uchodźcy z okupowanej Czeczenii, którzy europejską podróż zaczynali od obozu dla uchodźców w Polsce. Mogą być Litwini, którzy bądź to „z domu”, bądź z pracy w Norwegii wraz z Polakami – także rozumieją najbardziej szeleszczącą mowę na świecie. Niemałe zdziwienie może na nowoprzybyłym Polaku wywrzeć kierowca autobusu o ewidentnie afrykańskiej urodzie i kolorze skóry zgoła odmiennym od nordyckiej bladości, który swobodnie posługuje się mową Kochanowskiego – a to za sprawą swoich kolegów z pracy, w większości z polskim paszportem; albo Nigeryjczyk myjący samochody na myjni ręcznej, mówiący biegle i bez obcego akcentu po kilkuletniej karierze w czwartoligowym klubie piłkarskim w Polsce.

Bankowość



                Norwedzy szczycą się bardzo zaawansowanym systemem bankowości. Rzeczywiście, w niektórych aspektach jest on dość dobrze zorganizowany. Pod niektórymi względami polski klient może jednak odnieść wrażenie, że przeniósł się do bantustanu lat osiemdziesiątych.

                Bywa, że bank odmawia założenia konta u siebie, jeśli nie dostarczy się referencji i listu polecającego z innego banku. Nie pozostaje wówczas nic innego, niż udać się do innego banku i tam raczej nie powinno być prolbemu. Istnieją banki, które nie posiadają kas (to już zdaje się standard). Wpłata gotówkowa na konto? Ale jak to? Nie znają takiej operacji. Bankomat na mieście się znaduje… I tyle. Placówka bankowa czynna w nader dogodnych godzinach – na przykład w dni powszednie od 10:15 do 13:00. Firmowy bankomat może znajdować się wyłącznie w siedzibie banku, niedostępny poza godzinami otwarcia. I tyle. I nikt się nie przejmuje. Istnieją też banki bardziej otwarte na klienta, które mają obsługę do wieczora.

                Dla rezydentów ze stałym numerem personalnym wydawano jeszcze niedawno karty bankowe z odpowiednikiem dowodu osobistego. Można się nim w Norwegii posługiwać tak, jak dowodem osobistym w Polsce – na poczcie odbierając przesyłkę, wchodząc do lokalu tylko dla pełnoletnich, kupując alkohol w sklepie. Niektórym nawet udaje się podróżować za granicę bez paszportu, a tylko z kartą bankową. Prawdopodobnie wydawanie takich kart zostało zarzucone.

                Zakładając konto, należy być w pełni świadomym, jak chce się używać usług bankowych i wyrazić swoje oczekiwania dokładnie. Pracownicy banku przeciętnie nie odbiegają zaangażowaniem i roztropnością od norweskiej normy. Dlatego gdy składa się wniosek o założenie konta, należy upominać się o każdy aspekt i szczegół: o dostęp przez internet, o możliwość wykonywania przelewów za granicę, o wydanie karty bankomatowej bądź bankomatowej z „dowodem osobistym”, o token do dostępu elektroczniego, o dostęp do konta dla małżnonka (wówczas wszystkie te szczegóły należy powtórzyć) i na koniec – o dostęp dla małżonka do konta także przez internet, bo to takie nieoczywiste.

                Przelewy nie są księgowane natychmiastowo. Pieniądze mogą już być na koncie, a pozostawać niedostępne przez jeden albo i kilka dni. Za to wpisując numer konta, od razu widzi się nazwę, czy nazwisko jego właściciela. Dość łatwo za to uzyskać bankowe polecenie zapłaty, czy edytować przelew, który wstępnie został przesłany do banku przez dostawcę usług, bądź sprzedawcę. Większość pracujących w Norwegii kwalifikuje się na złote karty kredytowe i są one w powszechnym użytku. W historii transkacji na koncie na próżno szukać opisu i treści przelewu.

                W osobnym rozdziale opisano problem używania kart płatniczych i kredytowych w Norwegii. Należy o specyfice płatności kartą w Norwegii pamiętać, wybierając się to tego kraju, bądź planując tam dłuższy pobyt.


Podatki



                Podatki – rzecz wiadoma, płacić każdy musi. W Norwegii jest nie inaczej. Co gorsze, są to jedne z najwyższych podatków na świecie. Podatki od dochodu sięgają nawet ponad 40%, do tego naturalnie VAT (nieco wyższy niż w Polsce) i – pomimo częściowo otwartego na Unię Europejską rynku – horrendalne opłaty importowe na samochody (ponad 100% wartości pojazdu), żywność (kwotowe, zapewniające konkurencyjność norweskich rolników i przetwórców), używki (przykładowo koszt paczki papierosów to ponad 100 koron, butelka najtańszego wina od około 100 koron wzwyż, piwo ok. 30 koron za półlitrową puszkę w sklepie – kilkukrotnie drożej w pubach i restauracjach). Do tego dochodzą wszechobecne płatne parkinkgi (także pod sklepami i przy galeriach handlowych), płatne drogi. Na koniec – dla już urządzonych – podatek od majętności, katastrat od nieruchomości, „kara” za oszczędności na koncie.

                Będąc przybyszem, można zaoszczędzić na podatkach przez pierwsze dwa lata. Da się to osiągnąć albo rolizczając koszty życia i podróży do ojczyzny (jeśli są wystarczająco częste i o ile ma się tam najbliższą rodzinę w postaci niepełnoletnich dzieci bądź małżonka), lub ryczałtowo – obniżając nieco stawkę podatku. W internecie da się znaleźć poradniki na ten temat; w ostateczności można skorzystać z łatwo dostępnych firm, które za opłatą pomagają rozliczyć się oszczędnie i ewentualnie napisać odwołanie. Wbrew obiegowym opiniom, dokumenty z Polski potrzebne do tych odliczeń, nie muszą być tłumaczone przez tłumacza przysięgłego. Praktyka pokazuje, że wystarcza nawet samodzielne tłumaczenie na angielski wraz z załączeniem dobrej jakości kopii (skan) oryginału i – na rządanie – przedłożenie oryginałów. Także polskie urzędy stanu cywilnego wydają odpisy aktu małżeństwa z tłumaczeniem na języki obce, a angielskojęzyczna wersja całkowicie wystarcza do posługiwania się w norweskim urzędzie podatkowym.

                Aktualnie procedura płatności podatku jest maksymalnie uproszczona. Każdy rozliczany jest zdalnie i może komunikować się z fiskusem przez internet. Pracodawca otrzymuje w formie elektronicznej kartę podatkową pracownika[1] – ten dokument wskazuje pracodawcy stawkę, jaką ma naliczyć pracownikowi. Po zamknięciu roku – jeżeli nie wnosi się zastrzeżeń, lub nie rozlicza zniżek – wystarczy się zapoznać z otrzymaną przez internet informacją i oczekiwać na przelew zwrotu nadpłaty, lub uzupełnić niedopłatę przelewem bankowym.






[1] Podejmując pierwszą pracę należy poprosić lokalny urząd skarbowy o wydanie karty podatkowej.

Norweskie tablice rejestracyjne

Norweskie tablice rejestracyjne nie wyróżniają się zbytnio od europejskiego "stylu". Co najwyżej stosuje się różne dziwaczne prze...